Ave Malaria

by MC Marazm

/
1.
zza śniegu rozpadlin, zza słowa kikutów wychylam się niczym jan maria z rakiety. niedobór ambicji i nadmiar zwątpienia przemycam w skafandrze, to mam dziś do oclenia. na bramce z napisem "realia, twarzą w twarz" zapiszczę, rozbłysnę i szczęznę do reszty. na brudnym asfalcie projekcje mych marzeń, majaki niebyłych z życia wydarzeń. oto mój rap, to moja golgota. owijam to w słowa, wystawiam w rymów gablotach. jak nie wiesz ococho, to weź mnie nie pytaj, kto nie tknął wżdy gówna, nie będzie zakwitał x2 no i dalej jest tak, że lekko nie będzie, to nie hawaje i nawet nie ciechocinek. obskurne uciechy, "made in taiwan" szczęścia wyprzedaże ściągam z onlajnu, z obcych ułamków kleję własne kolaże. herbata za słaba, to woda dziś klepie, okruchy nie ciastek, lecz prawdy omiatam. mój rap to histeria na cienkiej baterii, ej weź, sprawdź, wogle zabrakło mi rymu. oto mój rap, to moja golgota. owijam to w słowa, wystawiam w rymów gablotach. jak nie wiesz ococho, to weź mnie nie pytaj, kto nie tknął wżdy gówna, nie będzie zakwitał x2
2.
Bynaj mnie 02:39
znów stoisz przede mną, stoimy więc razem i jak w wierszu, nie ma o nas nic na facebooku. miłość w czasach prepaidów, dasz wiarę? żeby zostać kim jesteś, mówią, musisz być w ruchu. brzytwo, ojczyzno moja, ciebie chwytam w lot kiedy rozwiewa się losu loteria, lecz nie ja jestem jego kowalem. a potem przychodzi już znowu dzień inny i styl wyswobadzam z niebytu krainy. mam w sobie tyle żaru, że możesz mówić o mnie: "patrz człowieku, to mój piec-przewodnik osobisty". jestem duchem wielki jak notariusz b.i.g., i ja na to mam papier, na nim podpis zamaszysty bynaj mnie, bynaj, nie wytrąć mi nadziei. bynaj mnie, gwiazdo, rozbłyskaj się we mnie. bynaj mnie, bynaj, zadanie dla Ciebie, przeleć mnie wzrokiem jak kometa po niebie opowiedz jak to było jak nic się nie stało, panno ostra, co w jasnej stoisz bramie, na słowa szkoda czasu, tu świata nie ma prawie. patrz, to krezus chytrus, milion twarzy, milion dusz, czy leży tu madonna? czy zjedli tu murzyna? nowe kłamstwo, tak tak, nowy dzień się zaczyna. bynaj mnie, bynaj, nie wytrąć mi nadziei. bynaj mnie, gwiazdo, rozbłyskaj się we mnie. bynaj mnie, bynaj, zadanie dla Ciebie, przeleć mnie wzrokiem jak kometa po niebie
3.
dwa i dwa, sam wiesz, to nie zawsze daje cztery, pięść zaciskam, idę dalej, znam ten żwir i znam te słowa. wydeptane w opór ścieżki i kałuże spojrzeń smutnych; coraz słabsza już bateria, codzień się kołysze głowa. już od jutra będę więcej, już od wczoraj myślę o tym, wiesz, montuję tę ucieczkę, trapezfik na drugą stronę. betoniarkę miałkich chuci, na klucz zamknę, wytrę ręce. wszystko mam rozrysowane, biznesplan na projekt szczęście daj rękę, daj słowo, pokaż błysk w oku, daj spokój, daj spokój, daj spokój deszczu strugi, sine chmury i dyrektor tam nad nimi, co go przecież nie ma wcale go, bo i po co, zysk to żaden, ewangelia wielkich cycków, plazma, sperma, mózg na ścianie, wszystkich śniętych obcowanie, marazm wieczny, amen daj rękę, daj słowo, pokaż błysk w oku, daj spokój, daj spokój, daj spokój
4.
Niemanie 03:12
krótka piłka, ostre słowa, dół, aż echem do mnie wraca, czarną tęczą kroczy wiara, gorzki procent mi wypłaca pytasz mnie znów - "a optymizm?" trudna sprawa, przyznać trzeba, ja rap robię z duszy ssania, nie dla fantów, czy dla chleba jakie czasy, tacy czasów tych herosi, niedaleko pada jabłko od jabola, szybkich czasów szybki podgląd, a czarnego rynku przebój - bardzo bardzo wolna wola bo nie ma, no nie ma i już takiej nadzieji, której nie pokrył by kurz i nie ma na tym świecie też za nic wiary, której nie skruszy przeciwności dynamit bo nie ma już wśród mnie tej siły co kiedyś, by góry roznosić, bezsile by szkodzić dziś ręce związane z odwrotem, yo, serca nowe rapu pokolenie, zimnej fali spadkobierca świat napędza gra przedwieczna papier, serce niczym kamień czy już słyszysz tę melodię? ducha zygot wiecznych lament nie ma sensu, nie ma czasu, ręce rwą się aż do drżenia, znów rozpinasz bluzkę strachu, zimny pot mnie w pył rozmienia bo nie ma, no nie ma i już takiej nadzieji, której nie pokrył by kurz i nie ma na tym świecie też za nic wiary, której nie skruszy przeciwności dynamit bo nie ma już wśród mnie tej siły co kiedyś, by góry roznosić, bezsile by szkodzić dziś ręce związane z odwrotem, yo, serca dwa rozdania do finału, nie ma już powietrza w piersiach
5.
Unoszę swe ręce i opuszczam od razu, Ach, witaj, chwilo - wyborne strzępy to czasu, Gdy w dłoni kruszeje sensiku fasadka. W pół złożę swe ciało, bezruch-dance zatańczę Jutro też jest dzień, więc dajmy mu szansę, Piękniejszy jestem, gdy patrzeć na mnie przez palce Łeb mam nie od parady, więc kładę go na stół Rozkosznie niech pieści urodzaj mnie braku - ambicje i chęci raz jeszcze przemilczę Kanapka z bełkotem i kawa z goryczą, Wzmacniają mój zapał, by wątpić od nowa Motywację rozcieńczę i mikstura gotowa Nie musisz, nie trzeba, poniechaj już raczej Puść oko do lustra, zapomnij, że chciałeś
6.
Cała jesteś w krukach i wronach We włosach i na oczach, mrokiem oszalona (A ja) Mam tak samo jak Ty, swoje troski i łzy. Na języku wciąż czuję chłód szyby cukierni Tak blisko i tak daleko, nie przyszli znów do pracy naszej namiętności odźwierni Nadmiar potencjału, niedobór spełnienia, rozpruwa mnie codziennie, podbija ciśnienie frustracji, codzienne z nią, twarzą w twarz spotkania Tylko Ty i ja - pełna opcja do przegrania, Droga prosta - stąd do zawsze, pomyśl nim okazję złapiesz Żyjesz, czy wodzisz palcem po życia mapie? (Żyjesz, czy wozisz się palcem po życia mapie?) Posłuchaj i pomyśl - jeśli dla mnie masz słowa, To przełknij je teraz, mam pełne już uszy, Wiedzieć, czy umieć? Pamiętać, czy poczuć? Teoria na piątkę, więc przekuj to w czyny. Czy to prąd stały? A skąd, oto dryf niezmienny, Na kanale 44 ego detoks codzienny Wszechsztangi podrywa ambicja pazerna Do tańca i kręci się walcem pijana Ja w płaski się wkradam jej, kurz gniotąc na glebie Na podium spełnienia znów przemycić chcę siebie Do rany od mocy, napinam cierpliwość Znów trasę Wzwód-Zawód pokonam, lub ona mnie może zaniechaniem do swej skłoni racji I w malinowy chruśniak podstempluje delegację Co być miało, a co było - dwie historie obce sobie Pusty śmiech tkwi parkanem w tej miłości ogrodzie (Jej takie kosmiczne sprawy nie imponują, ona na kosmos lachę kładzie) Jesteś swoją ojczyzną, ja uciekam znów sam z siebie, I w koło się kręcę, pięcioma drogami niby-idąc do przodu To ostatnia niedziela, dzisiaj się rozpadniemy, Całkiem w niwecz pójdziemy, tylko rozbłysk i trzask. Co dał nam los, może trzeba będzie stracić, Bo to może przecież wiecznie trwać, a nie ma się czym chwalić Jesteśmy esencją, nie lejmy więc wody Pokaż mi, opakuj w ciało uczucie Chcę tego wszystkiego, zamiast oglądać miłości reklam na dystans i w skrócie
7.
Jeżeli szlochać to nie indywidualnie Bo łzy nad światem lać tylko wraz z kru Samotność, gorycz i myśli fatalne Najlepiej smakują wymnożone przez tłum Gdy depresja już nie daje Ci radości Niechaj smutek podejmie Twój druh, A łzy lejąc uczyni zadość Ci I wespół w zespół - i oto już dół I wespół w zespół, wespół w zespół, I oto już dół I wespół w zespół, wespół w zespół, Dół! Bo kiedy w grozy się pławisz basenach, Niedoli brodzik zalewa Cię żalem, Zawezwij wsparcie na duszy swej drenaż, Nie mrzyjże sam wcale Ej, wnioskujże, ziomie! Jeżeli szlochać, jeżeli szlochać, jeżeli szlochać... Jeżeli szlochać, to dlaczego nie z innymi? Lamentu echo niech niesie się hen Z marsowej chmury łza skapnie dziś i mi W studzienkę żalu zmieniając dół ten! A kiedy radość Cię nagła obleci, I rumianek przywróci na twarzy, W czoła pukną się współdesperaci, Byś się nawet nie ważył I wespół w zespół, wespół w zespół, I oto już dół I wespół w zespół, wespół w zespół, Dół!

credits

released March 1, 2010

license

Some rights reserved. Please refer to individual track pages for license info.

tags

about

MC Marazm Warszawa, Poland

contact / help

Contact MC Marazm

Report this album or account

If you like MC Marazm, you may also like: